Podczas spotkania z młodzieżą pułkownik Urbaniak porwał słuchaczy nie tylko barwnymi historiami z czasów służby w wojskowym lotnictwie. Sięgnął też po mocniejsze akcenty: mówił o ciężarze odpowiedzialności, o kunszcie zawodowca i o tym, jak wiele znaczy praca dla wspólnego dobra.
Uczniowie dostali wyjątkową okazję zajrzeć w świat operacji, które zwykle rozgrywają się w cieniu — precyzyjnych jak zegarmistrzowska robota, wymagających zgrania zespołu i pełnego, bezwarunkowego oddania.
Mówi pułkownik Jan Urbaniak:
Grzegorz Adamczewski: Skąd wzięła się Pana pierwsza fascynacja lotnictwem?

Jan Urbaniak: Jak byłem małym takim dzieckiem, to obserwowałem na niebie klucze samolotów, które Rosjanie przebazowali na zachód, czyli tworzyli bazy lotnicze w Niemczech.
I te samoloty takim ciurkiem przez całe dnie, z odstępach kilkuminutowych, przelatywały nad moim domem. To było takie pierwsze zafascynowanie.
Kiedy widziałem tam takich małych ludzików w tych kabinach w tym czasie, tworzone były dwa półki lotnictwa śmigłowcowego. To były półki lotnictwa wojsk lądowych. Jeden powstawał w Wino, Wrocławiu, drugi w Pruszczu Gdańskim, bo trzeba było na gwałt, wyszkolić wielu pilotów śmigłowcowych.
G.A.: Jak wyglądały Pana początki w szkole lotniczej?
J.U.: Ponieważ jakoś tam się w miarę wykazywałem, jeśli chodzi o naukę, generał pilot Józef Kowalski, który był komendantem szkoły, wymyślił i zaproponował dla tak zwanych, jak to nazywali wtedy nas, szczególnie uzdolnionych, możliwość ukończenia szkoły szybciej. No ja oczywiście z tego skorzystałem, ponieważ pieniędzy nie było tak, jak teraz, żadnych kieszonkowych, trzeba było sobie jakoś tam radzić. No to od razu uznałem, że lepiej brać szybciej pensję pilota, niż być na wojskowym skromnym żołdzie, dlatego skorzystałem z tej okazji, jeden rok szkoły trwającej 4 lata zaliczyłem eksternistycznie i dlatego przeniesiono mnie z roku drugiego od razu na rok czwarty, co skutkowało tym, że całą szkołę od wcielenia do promocji ukończyłem w ciągu 30 miesięcy, czyli zamiast 4 lat 2,5 roku. A potem to już służba wojskowa w jednostce,
G.A.:Po szkole trafił Pan do 103. Pułku Lotnictwa. Dlaczego właśnie tam?
J.U.: Trafiłem do jednostki do 103. Pułku Lotnictwa w Warszawie, ponieważ tak się złożyło, że ukończyłem szkołę z pierwszą lokatą, byłem tak zwanym prymusem, więc był taki przywilej, że prymus miał prawo sobie wybrać jednostkę.
Pozostali dostawali skierowania tam, gdzie brakowało ludzi, no a ja miałem możliwość wyboru jednostki. No więc chciałem być bliżej rodziny, to mówię Warszawa. No to mnie skierowali do jednostki z 103. Pułku Lotnictwa, to był pułk wojskowy, jednostka wojskowa, ale podległa Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Z jednej strony może to było dobre, bo innego lotnictwa w MSW w resorcie nie było, więc było to takim gwarantem, że nie przeniosą mnie bez mojej zgody do innego garnizonu, co się wiązało wielokrotnie z rozłąką, z rodziną. Ale z drugiej strony, no ograniczone możliwości awansu, bo jedna jednostka ludzi, myśmy mieli kadry same i 400 osób było, więc no nie było ruchu, no i takiego kadrowego za bardzo.
G.A.: Jednak mimo wszystko. przeszedł Pan imponującą ścieżkę awansu. Jak do tego doszło?
J.U.: No ale jak się potem okazało, jakoś tam docenili moi przełożeni mój wysiłek, zaangażowanie i wiedzę i przeszedłem wszystkie etapy, wszystkie stanowiska od starszego pilota w jednostce przez dowódcę klucza, nawigatora eskadry, dowódcę eskadry, no i później Akademia Sztabu Generalnego, trzy lata, studia podyplomowe, stacjonarne i zastępca dowódcy pułku do spraw liniowych, no i potem dowódca pułku, później szef lotnictwa nadwiślańskich jednostek wojskowych, no i skończyłem na szefie lotnictwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

