W ocenie opinii publicznej sytuacja, w której prezes zadłużonego lub borykającego się z problemami kadrowymi szpitala powiatowego zarabia setki tysięcy złotych rocznie, budzi skrajne oburzenie, poczucie głębokiej niesprawiedliwości oraz rażącego rozbicia systemowego. Kwota 437 tysięcy złotych rocznego dochodu (co daje średnio ponad 36 tysięcy złotych miesięcznie) w realiach niewielkiego powiatu staje się symbolem patologii menedżerskiej w publicznej ochronie zdrowia.
Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż w obliczu kłopotów finansowych szpitala, dyrektor Trojanowski otrzymuje nagrody w postaci wielotysięcznych dodatkowych gratyfikacji, co stanowi policzek nie tylko dla pacjentów, ale także dla ogółu mieszkańców powiatu.
Anatomia zapaści w regionie. Aleksandrowski szpital na zakręcie
Dlatego w oczach społeczeństwa przypadek Mariusza Trojanowskiego to klasyczny dowód na to, że polski system ochrony zdrowia choruje od góry. Ludzie nie akceptują tłumaczenia, że „szpitala nie stać na lekarzy”, podczas gdy stać go na wypłacanie pensji dyrektorskich na poziomie zarobków prezesów międzynarodowych korporacji. Dla opinii publicznej moralne i organizacyjne bankructwo polega na tym, że za błędy zarządcze i polityczne układy ostatecznie płacą ukarani brakiem opieki pacjenci, a nie sowicie wynagradzany prezes.
Sytuacja w Aleksandrowie Kujawskim to jednak wierzchołek góry lodowej, obnażający głęboki dualizm polskiego systemu ochrony zdrowia: z jednej strony permanentny kryzys kadrowo-finansowy, z drugiej – bizantyjskie kontrakty managerskie.
Podwójne standardy i „prywatyzacja zysków, uspołecznianie strat”
Dla przeciętnego pacjenta i personelu medycznego niższego szczebla (pielęgniarek, ratowników, salowych) argumentacja o „złej kondycji finansowej” w ustach człowieka zarabiającego ponad 400 tysięcy złotych rocznie brzmi skrajnie niewiarygodnie. Opinia publiczna widzi w tym mechanizm, w którym menedżer inkasuje ogromne, rynkowe pensje, gdy szpital działa dobrze, ale gdy pojawiają się wielomiesięczne kryzysy (np. braki kadrowe na SOR, zawieszanie oddziałów, kary od NFZ), konsekwencje finansowe nie dotykają jego kieszeni, lecz budżetu publicznego. Prośba o umorzenie kary do NFZ z powodu „złej kondycji” przy jednoczesnym utrzymywaniu bizantyjskiego kontraktu prezesa jest odbierana jako brak elementarnej przyzwoitości.
Finansowa kroplówka i managerskie eldorado
Podczas gdy Narodowy Fundusz Zdrowia nakłada na lecznicę w Aleksandrowie Kujawskim dotkliwe kary finansowe za rażące braki lekarzy na kluczowych oddziałach, wskaźniki płacowe kadry zarządzającej zdają się funkcjonować w całkowicie oderwanej rzeczywistości. Dodatkowo odpowiedzialność finansowa za błędy organizacyjne rzadko kiedy dotyka bezpośrednio portfeli tych, którzy te decyzje podejmują.
W mniejszych szpitalach powiatowych, takich jak ten w Aleksandrowie, zarobki dyrektorów i prezesów spółek medycznych nierzadko sięgają pułapów zarezerwowanych dla managerów wysokiego szczebla w sektorze komercyjnym. Gdy brakuje na podstawowe dyżury chirurgiczne i anestezjologiczne, a Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR), z powodu braku personelu, jak wspomina jeden z lekarzy, balansuje na granicy paraliżu, generowanie gigantycznych kosztów administracyjnych wywołuje uzasadniony sprzeciw opinii publicznej.
„Mamy do czynienia z klasycznym paradoksem: im gorzej zarządzana jest placówka z perspektywypacjenta, tym bardziej skomplikowane i kosztowne stają się struktury jej ratowania, coparadoksalnie cementuje pozycję finansową zarządu” – komentują eksperci rynku medycznego.
Toruń a Aleksandrów Kujawski – Porównanie struktur
Jak wykazała analiza dostępna powszechnie w toruńskich „Nowościach”, dotycząca zarobków kadry zarządzającej w Toruniu oraz Aleksandrowie Kujawskim rzuca nowe światło na ten problem. W większych ośrodkach miejskich, takich jak Toruń, pensje dyrektorów dużych placówek wojewódzkich czy specjalistycznych są oczywiście wysokie, jednak tam skala działalności, liczba łóżek oraz wielkość kontraktów z NFZ częściowo uzasadniają wysokie stawki rynkowe.
Systemowa odpowiedzialność czy ochrona stanowisk?
Przypadek szpitala kierowanego przez Mariusza Trojanowskiego idealnie punktuje słabość nadzoru właścicielskiego. Jeśli podstawowym argumentem obrony przed krytyką staje się twierdzenie, że „wszystko odbywa się w granicach prawa i kontraktów”, to należy zadać pytanie o etyczną stronę zarządzania publicznymi środkami. Gdy pacjenci odsyłani są z kwitkiem z powodu braku obsady lekarskiej, argumenty o rynkowych stawkach dla managerów tracą rację bytu.
Kary nakładane przez NFZ uszczuplają i tak już napięty budżet szpitala, co w konsekwencji uderza…ponownie w pacjentów i personel niższego szczebla. Koło się zamyka. Bez radykalnych zmian w systemie rozliczania dyrektorów z realnej jakości i bezpieczeństwa opieki, a nie tylko ze „wskaźników ekonomicznych na papierze”, bulwersujące dysproporcje płacowe nadal będą pożywką dla politycznych potyczek.
Fot. Grzegorz Adamczewski

