Rzym potrafi być bezwstydnie romantyczny. To prawdopodobnie najbardziej wyeksploatowane przez hollywoodzkie kamery miejsce na kuli ziemskiej. Kiczowate melodramaty, wygładzone kadry, zakochane pary jedzące lody na Schodach Hiszpańskich… Tyle że nas to zupełnie nie obchodziło.
Kiedy wchodzi się w te zaułki, odnosi się wrażenie zatrzymania czasu… Naszymi przewodnikami nie byli twórcy tanich romansów, ale kinowi prowokatorzy i poeci brudu: Pier Paolo Pasolini, Dario Argento i Abel Ferrara. Surowa, chwytająca za gardło „Mamma Roma” Pasoliniego stała się naszym absolutnym kompasem. A wizualnie? Bezapelacyjnie „Konformista” Bernardo Bertolucciego – dzieło, które zachwyca od dekad.
O czym tak naprawdę jest ta opowieść?
To opowieść uszyta z wielu warstw. O prozie życia w Wiecznym Mieście – o jego codziennych zachwytach, bezwzględnych rozczarowaniach i nieustannym zgiełku. To chłodne spojrzenie na widmo faszyzmu i gorzkie pytanie: jak ta odczłowieczona potworność mogła zapuścić korzenie w tak zachwycającym miejscu?

Ale przede wszystkim to wyznanie miłości. Do kina, do konkretnych zaułków, do bezimiennych ludzi i do tych wszystkich drobnych, nieuchwytnych przyjemności, które sprawiają, że ten cały ziemski chaotyczny spektakl jest w ogóle do zniesienia.
Najpiękniejsza scena świata
Rzym to nieprzerwane, oszałamiające widowisko. Najwspanialszy spektakl, jaki kiedykolwiek miałem przywilej oglądać na własne oczy.
Jak powiedział nieodżałowany Anthony Bourdain: „To miasto nie potrzebuje reżyseria – ono po prostu płonie własnym światłem, brudem i historią.”

Słońce i kuchnia – idealne małżeństwo
Rzymska kuchnia nie dba o Twoje wyrafinowane podniebienie. Ma w nosie blichtr i skomplikowane techniki. Jest szorstka, głośna, wręcz bezwstydna – i właśnie dlatego jest absolutnie genialna. To kulinarny punk rock w czystej postaci, zrodzony z biedy, potu i instynktu przetrwania.
Kiedy siedzicie w bocznej uliczce na Zatybrzu, a kelner stawia przed wami talerz rigatoni alla carbonara, nie dostajesz posiłku. Dostajecie lekcję historii. Prawdziwa carbonara to nie jest ugrzeczniona, kremowa emulsja z supermarketową śmietaną. To brutalne, ale idealne małżeństwo tłuszczu z dojrzałego, chrupiącego guanciale (świńskiego policzka), ostrości świeżo mielonego czarnego pieprzu, aksamitnego żółtka i słonego, wrzaskliwego pecorino romano. Trzy, cztery składniki. Zero kompromisów.
Rzymianie do perfekcji opanowali sztukę zwaną quinto quarto – czyli „piątą ćwiartką”. Kiedy bogaci i potężni zabierali najlepsze kawałki mięsa, biedocie zostawały podroby. I co z nimi zrobili?

Zamienili je w poezję. Flaki rzymskie (trippa alla romana)* duszone z pomidorami i miętą, czy coda alla vaccinara – ogon wołowy rozpadający się po godzinach powolnego gotowania. To jedzenie ma duszę. Jest gęste, lepkie, pełne pierwotnego smaku.
Rzym nie prosi was o polubienie. On rzuca kulinarną rękawicę i patrzy, czy macie odwagę podnieść ją z bruku.
Jestem nieprawdopodobnie dumny z kadrów, które udało nam się wtedy schwytać. Choć w ułamku sekundy, choć w małej cząstce, zdołaliśmy uwięzić w obiektywie tę gęstą, niepodrabialną atmosferę stolicy Italii.
Czy miewacie czasem wrażenie, że najciekawsze opowieści o znanych miejscach kryją się nie w przewodnikach, ale w ich małych knajpkach i najciemniejszych zaułkach?
*Trippa alla romana to jedno z najbardziej klasycznych i kultowych dań tradycyjnej kuchni rzymskiej (tzw. cucina povera), którego głównym składnikiem są flaki wołowe. W przeciwieństwie do tradycyjnych polskich flaków podawanych w formie rzadkiej zupy z majerankiem, wersja rzymska to gęste, długo duszone drugie danie w aromatycznym sosie pomidorowym, obficie posypane serem pecorino romano oraz świeżą miętą















